czwartek, 10 kwietnia 2014
o porażkach słów kilka...
Moment, w którym doznajemy porażki może być przekleństwem lub błogosławieństwem. Całe życie zawzięcie unikałam porażek, układając scenariusze każdej możliwości i rezygnując ze zbyt ryzykownych wyzwań. Ostatnio zrozumiałam, że tak na prawdę nie żyłam i nie ma w tym za grosz literackiego przesadyzmu. Każdego dnia kontrolowałam siebie na każdym kroku, dopiero teraz dostrzegam jak bardzo męczące to było. Pierwszym podjętym przeze mnie ryzykiem była decyzja o wyjeździe do Ameryki, sama decyzja nie była aż tak dużym ryzykiem, w końcu w sytuacji niepowodzenia mogę zastosować metodę 'wcale nie chciałam wyjechać/rozmyśliłam się'.. zaskoczyłam jednak sama siebie tym, jak uparcie dążę do tego celu. Rzuciłam palenie, to było zaskoczeniem dla wszystkich, papierosy były właściwie moim atrybutem. Rzucanie okazało się jednak bardzo proste - za każdym razem, gdy miałam ochotę zapalić dawałam sobie ultimatum PAPIEROS lub USA, wybór za każdym razem był oczywisty, dziś świętuję 86 dni bez dymu. Na drodze napotkałam także niepowodzenie, które bardzo mocno uderzyło w moją lwia dumę. Oblałam egzamin praktyczny na prawko, dwa razy. Normalnie poddałabym się stwierdzając dumnie, że wcale prawa jazdy do szczęścia nie potrzebuję, niestety by zostać au pair jest ono potrzebne. Po raz pierwszy jednak zamiast poddać się, stanęłam do walki, jestem z siebie dumna nie dlatego, że udało mi się w końcu za trzecim podejściem zdać egzamin ale dlatego, że pozwoliłam sobie na trzecie podejście. To był dla mnie ogromny sukces, który pokazał mi, że porażki wcale nie są takie straszne jeśli nie zniechęcimy się do dalszej walki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz